Philipski & Justynka we Francji cz. 2

Część pierwszą relacji możecie przeczytać tutaj.

 

…Mamy pecha numer 6. Od Pana w informacji dowiadujemy się, że z głównego dworca w Montepllier nie jeździ nic, oprócz jednego autobusu dziennie, o 18:00 , czyli jak dla nas tak za 4 godziny. Pozytywne emocje szybko opadły, a ja nie przestałem się dziwić. Jak Ci Francuzi tu jeżdżą, jak chcą przejechać głupie 100 km do innego miasta? Jeżdżą tylko o 18:00 ? Czy jak ? No to nie będziemy tu przecież czekać 4 godziny? Zostało nam już ostatnie 100 kilometrów naszej podróży, jedziemy na stopa, czy co robimy? Postanowiliśmy spotkać się z Kasią, usiedliśmy sobie, zjedliśmy, trochę pogadaliśmy. Kasia dojechała z uśmiechem na ustach i całej twarzy. Mówiła, że naprawdę nie rozumie naszej podróży, jesteśmy zajebiści, że nie zawróciliśmy i przy tym wszystkim widać, że całkiem dobrze się bawimy. Wreszcie szczęście się do nas trochę uśmiechnęło, Kasia nam wyjaśniła, że na drugim końcu miasta jest dworzec autobusowy, skąd na pewno pojadą jakieś busy do Millau. Nie zastanawiając się długo,wsiedliśmy do tramwaju i odjechaliśmy na drugi koniec miasta, dokładnie na ten większy dworzec autobusowy, gdzie znaleźliśmy przystanek Millau, skąd jeździły busy co godzinę.

 

Górzysta droga z Montpellier do Millau. Fot. Justynka

Górzysta droga z Montpellier do Millau. Fot. Justynka

 

…Mamy pecha numer 7. Oczywiście nie jechaliśmy autostradą, gdzie podróż zajęłaby chwilę ponad godzinkę, ale przez wszystkie możliwe mini miasteczka i wsie z milionem przystanków. Justynka napisała sms Thibautovi, który był organizatorem zawodów slackline na Natural Games, który odpowiedział, że fajnie, ze się zbliżamy, ale jest mu przykro, bo niestety nie zdążymy na kwalifikacje do zawodów, czyli nie możemy uczestniczyć. Cooo? To było dzisiaj??? Niieee! Także jeszcze do tego nie możemy startować …. super no…

 

Busem z Montpellier do Millau. Źródło: mapy.cz

Busem z Montpellier do Millau. Źródło: mapy.cz

 

Jak sobie tak jechaliśmy tymi wszystkimi dróżkami, panorama dookoła nas zaczynała być coraz ciekawsza, a my coraz bardziej wznosiliśmy się w górę. Szczególnie niesamowity widok się wyłonił się tuż za kopcem, za którym ukazała się nam dolina z miasteczkiem Millau. Wszystkie te góry dookoła nas zapierały dech w piersiach, ze skał skakały dziesiątki paraszucistów, w dole, w miasteczku widzieliśmy obszar festwilu, kajaki spływające po rzece, mnóstwo ludzi, no po prostu, wreszcie dotarliśmy na miejsce!

 

Przyjazd do Millau. Fot. Justynka

Przyjazd do Millau. Fot. Justynka

 

NARESZCIE! Udało nam się ! Dojechaliśmy około szóstej wieczór na dworzec, skąd przyjechał po nas Thibaut autem, wziął nas do campingu, gdzie na nas czekał przygotowany przeciwdeszczowy, ultralekki, wiatroochronny, po prostu normalny namiot. Jako, że byliśmy zmęczeni po Lyońskiej nocy i dzisiejszej podróży, a miejsce festiwalu było oddalone od campingu o około 30 minut drogi. Postanowiliśmy, że spokojnie się rozpakujemy, weźmiemy prysznic i udamy się na zasłużony odpoczynek. W oddali było trochę słychać odgłosy z koncertu, na który bym się też oczywiście chętnie wybrał, ale tłumaczyłem sobie, że już to na dzisiaj lepiej zostawimy i cieszyłem się na jutrzejszą imprezę. Po chwili do campingu przyszli kolejni slacklinerzy, nasi znajomi i nieznajomi, przywitaliśmy się z nimi i rozmawialiśmy. Pełnią szczęścia było spotkanie z Dannym Menšíkiem (najlepszy czeski slackliner i rekordzista), który tułał się po Francji już jakiś czas. Chwilę pogadaliśmy, wypiliśmy piwka i razem z naszym zmęczeniem poszliśmy spać.

 

Nasza wspólna fotka z Mickey’em Wilsonem na campingu. Fot. Justynka

Nasza wspólna fotka z Mickey’em Wilsonem na campingu. Fot. Justynka

 

Sobota, główny dzień festiwalu, nasz pierwszy, finałowe bitwy zawodów trickline. Na terenie festiwalu było naprawdę wiele możliwości różnych sportów i aktywności, więc było na co patrzeć cały dzień. Oczywiście najwięcej czasu spędziliśmy w parku slacklinowym, na slacku, na poznawaniu kolejnych slacklinerów i śledzeniu śmiałków na długich wysokich waterlinach nad rzeką. Finały zawodów trickline miały się zacząć koło piątej godziny, ale przesunęli je na trzecią, w obawie przed wielkimi wiatrami, które miały przyjść wieczorem. To były ostatnie zawody francuskiego pucharu i przyznam, że naprawdę było na co patrzeć. Justynka przez to, że nie mogła uczestniczyć stała się chociaż oficjalną „matką“ tych zawodów i wznosiła ręce zwycięzców. Największe „masakry„ pokazywali francuz Louis Boniface i amerykanin Mickey Wilson , którzy potem zasłużenie spotkali się w finale. Po ciężkiej bitwie, serii niesamowitych flipów, takich jak double buttflip to fearless czy też doskonały skyfall Mickego, zwyciężył Mickey, a Louis dzięki drugiemu miejscu i zsumowaniu punktów z poprzednich zawodów stał się mistrzem Francji w trickline w roku 2014.

Po zawodach cieszyliśmy się przede wszystkim na piwko i te wszystkie koncerty które były w planie, z ulgą, że nie musimy jeszcze nigdzie odjeżdżać . Wytworzyliśmy sobie naszą małą żądną imprezy grupkę i jednocześnie fukająć na nadciągające ciemne chmury, ruszyliśmy wykupić supermarket. Peru miał genialny hiszpański pomysł, który udał się bez problemu. Napakował cały plecak piw i po rolce przejechał z nimi po waterlinie na teren festiwalu (bo tam oczywiście nie wolno było nic wnosić), gdzie się spowrotem spotkaliśmy. Justynka niestety wróciła biedniejsza o jeden nóż, który zabrali jej ochroniarze podczas kontroli na wejściu, gdy słodko zajadała nim Nutellę. Ten nóż co prawda wtedy schowaliśmy, ale w drodze powrotnej o nim zapomnieliśmy, także gdyby ktoś przypadkiem znalazł nóż w Millau, to ten Justynki 🙂 Rozdzieliliśmy piwka i pomału przesunęliśmy się w kierunku sceny z widokiem na masywne tricki bajkerów i czarne chmury kłębiące się nad szczytami okolicznych gór, gdy nagle…

 

Mickey Wilson i jego masywny skok na zawodach trickline. Fot. Philipski

Mickey Wilson i jego masywny skok na zawodach trickline. Fot. Philipski

 

…Mamy pecha numer 8. Ostrzeżenie przed wieczornym wiatrem i burzą się spełniło, niebo się zamknęło, chmury przyszły stamtąd gdzie żyją, coraz bardziej wzmagał się wiatr, woda lała się strumieniami, a ja chyba nigdy nie przeżyłem takiej deszczowej kąpieli jak wtedy. Przyszedł masywny deszcz, burza i wichura. Na szczęście udało nam się schować pod większym jadalnianym namiotem, gdzie zebrało się tyle ludzi, że stali i siedzieli nawet na stołach między tymi, którzy właśnie dojadali swoją kolację. Deszcz był tak ogromny, że po chwili było wszędzie wody po kostki, a wiatr wiał przez cały namiot. My lekko zdumieni staliśmy tam z piwkiem w ręce, na szczęście byliśmy z Tatianą, która miała z sobą więcej ludzi i zaoferowali nam odwiezienie do campingu. Podobno do auta było niedaleko, więc wyszliśmy od razu. Ściągnąłem buty i niosłem je w ręce, bo nie było sensu w nich iść, kroczyłem w wodzie na bosaka. Plecak z kamerą przycisnąłem mocno do siebie, aby nie zamókł, jak ja w 4 sekundy, i pobiegliśmy do mostu. Pod mostem było pełno ludzi, ale w porządku, tam chociaż nie padało, stąd już naprawdę niedaleko do auta.

 

Przemoczona droga z festiwalu do auta. Fot. Tatiana Chatel

Przemoczona droga z festiwalu do auta. Fot. Tatiana Chatel

 

…Mamy pecha numer 9.Policja i ochrona dookoła kilku aut na sygnale, zabroniła nam się wspiąć na most, który zamknęli i ewakuowali dla bezpieczeństwa i chyba właśnie też po to, aby ludzie się nie wspinali po błotnej ścianie mostu. Wróciliśmy się spowrotem pod most. „Możemy iść jeszcze dłuższą trasą, głównym wejściem na zewnątrz, a później możemy wszystko obejść miastem, to będzie jakieś pół godziny“ , mówi Tatiana. Pół godziny w masywnym deszczu, wspaniale, kur**. Jeden koleś miał nóż, więc odciął kawałek z wielkiego banneru z powalonego płotu, pod którym później szliśmy, a ja sobie wziąłem jeszcze jeden mały kawałek na swój plecak. Ostatecznie to było dla nas bez znaczenia, ponieważ byliśmy już tak mokrzy, że chyba bardziej się nie dało. Szliśmy, mokliśmy, śpiewaliśmy i śmialiśmy się. Tatiana opowiadała nam co się tu kiedyś stało i że myśli sobie, że taki deszcz nie powstał tak po prostu, ale jest w tym głębsza symbolika. Jeden człowiek, który podobno jako jeden z pierwszych przywiózł slackline do Francji i również na ten festiwal przed paroma laty właśnie na Natural Games umarł. W czasie imprezy odszedł za potrzebą do rzeki, poślizgnął się, spadł na kamień i utopił się w rzece, gdzie znaleźli go dopiero rano na drugi dzień. Także ta woda na nas nie pada tak po prostu. Fuuuu, ciarki mi przeszły po plecach. Właśnie dochodziliśmy do auta, do którego się spakowaliśmy w siedem osób i zostaliśmy odwiezieni do campingu. Oczywiście jak już tam dojechaliśmy to przestało padać i było nawet chwilę widać zachód słońca. Tak czy inaczej cały dalszy program, zarówno wieczorny, jak również niedzielny, był na festiwalu odwołany. My sobie urządziliśmy naszą klasyczną sesję: prysznic, piwko, żarciki z innymi i zmęczeni poszliśmy spać.

 

16__Justyna_wallis_Filip_Bitnar_Slackline_trickline_zawody_festiwal_natral_games_podróż_slackon_zmoknieci

W takim stanie dotarliśmy do namiotu na campingu. Fot. Philipski

 

W niedzielę po dopołudniowym chillu w campie, zabawach na taśmie i pakowaniu rzeczy wyjechaliśmy autem z francuzem Gillaumem w zestawie: ja (Filipski oczywiście, abyś sobie przypomniał kto ten artykuł przez pół roku pisał), Justynka i Danny, prosto do domu Gillauma, gdzie mieliśmy w planie przenocować. W drugim aucie śledził nas jeszcze anglik Jediah Doohan.

 

Na drodze z Millau do Aix-en-Provence. Fot. Kamerski

Na drodze z Millau do Aix-en-Provence. Fot. Kamerski

 

Dojechaliśmy do miasteczka Aix-en-Provance, które mieści się niedaleko Marsyllli. Odłożyliśmy wielkie plecaki i wyruszyliśmy się trochę porekreować do miasta przed poniedziałkową wizytą u morza, którego głównie my z Justynką nie chcieliśmy sobie darować. Mimochodem Gillaume pracuje jako kontroler ruchu lotniczego i on był jednym z tych którzy strajkowali, kiedy nasz samolot był odwołany. Jeden z jego kolegów podobno będzie kontrolować nasz lot powrotny, także będzie nas śledzić, niezły przypadek, hehe…

W poniedziałek rano wyruszyliśmy nad morze. Danny wymyślił miejsce, Jediah wziął samochód i pojechaliśmy z myślą o jakimś waterlinie. Dojechaliśmy do miasteczka Cassis, a naszym celem była piękna zatoka w pobliżu (Calanque de Port Miou, C. de Port Pin a C. d’En-vau).

 

Droga nad morze z Jediah'em. Fot. Kamerski

Droga nad morze z Jediah’em. Fot. Kamerski

 

Była piękna słoneczna, letnia pogoda, a woda błękitno-zielona i przejrzysta. W pierwszej zatoce się wykąpaliśmy, Danny oddał kilka skoków, a my posmakowaliśmy, że woda faktycznie jest słona. Później chcieliśmy się dostać do kolejnych zatok, ale musielibyśmy się wrócić spowrotem i obejść wszystko dookoła, trochę lipa, tym bardziej z kostką Justynki, która ciągle była nie w porządku. Na szczęście, stało się coś niespotykanego, dzięki Jediah‘owi złapaliśmy na stopa łódz, wypełnioną dwójką sympatycznych i przyjemnych ludzi, którzy przewieźli nas na drugą stronę. Super doświadczenie, złapaliście kiedyś na stopa łódź na morzu?

 

Jechaliście kiedyś na stopa łodzią po morzu? Fot. Danny

Jechaliście kiedyś na stopa łodzią po morzu? Fot. Danny

 

Na drugiej stronie znaleźliśmy miejsce na mały waterline, nie mieliśmy zbytnio sprzętu, jedynie prowizoryczny system Danny’ego. Było naprawdę pięknie, woda cudowna i nawet taki króciutki waterline sprawił nam wiele radości, właśnie ze względu na to miejsce.

 

Justynka na waterline Fot. Philipski

Justynka na waterline Fot. Philipski

Waterlajn w zatoce Calanque de Port Miou. Fot. Philipski

Waterlajn w zatoce Calanque de Port Miou. Fot. Philipski

 

Nasyceni taśmą, kontynuowaliśmy wędrówkę, aż do ostatniej, wszak najciekawszej zatoki. Wyszliśmy po kamienistych ścieżkach aż na sam szczyt, gdzie odkrył się przed nami przepiękny widok na zatokę. Przepiękna kraina, szczyty, skały, morze, wiatr, ptaki. W dole widać było przepiękną plażę, zdecydowaliśmy, że to będzie naszym celem.

 

Plaża w zatoce Calanque d'En-vau, nasz cell. Fot. Philipski

Plaża w zatoce Calanque d’En-vau, nasz cell. Fot. Philipski

 

Wielki Big Up dla Justynki, która tą ciężką kamienistą ścieżkę pokonała nawet ze swoją obolałą kostką, respekt. Kamienista plaża, oblepiona skalnymi wierzchołkami, przepiękne kąpielisko w cudownie czystej wodzie, raj. Aż mnie rozbolała ręka od rzucania żabek i zabawy jak mały chłopiec. W drodze powrotnej Jediah wysadził nas w Marsylii na lotnisku, gdzie przespaliśmy się, a rano spotkaliśmy się z Kasią Svatoniową i wszyscy czterej tym samym samolotem wróciliśmy do domu do Czech, do Pragi. Także ten mój pierwszy lot na koniec się udał!

 

Spanie w Marsyllii na lotnisku przed odlotem do Pragi. Fot. Danny

Spanie w Marsylii na lotnisku przed odlotem do Pragi. Fot. Danny

 

Wszystkie nieszczęścia się w szczęście obróciły, a my za sobą nie mamy tylko uczestnictwo w festiwalu, ale podróże i tydzień pełnych, zupełnie nieoczekiwanych zdarzeń, które będziemy długo wspominać. Dziękuję wszystkim którzy nam w tym pomogli: dziewczynie Bobrice za pomoc z kostką, Szczepanowi za improwizowaną kulę, kierowcy z blablacaru, Niemce i jej bratu za benzynę, Adytowi za kolację i przenocowanie, kierowcom którzy nas wzięli na stopa, za to, że nas wzięli, Albańskiemu przyjacielowi i Australijce za wspólną noc w Lyon, Thibaultowi za zaproszenie i super organizację, Tatianie i jej przyjaciołom za wyswobodzenie nas z deszczu i podwiezienie do kempingu, Jediahowi za drogę nad morze, Danny’emu za podróż, morze i GoPro, Gillaume za podróż i nocleg, Krecbachom za piwko i przenocowanie po przylocie do Pragi, Kolouchovi za udostępnienie tego artykułu na slack.cz. Największe podziękowanie oczywiście należy się Justynce nie tylko za tłumaczenie tego artykułu na polski, ale po prostu za wszystko, całą podróż i motywację do dalszej drogi, no i oczywiście mnie, Filipskiemu, dziękuję bardzo, no nie masz za co.

Respekt dla Ciebie, tego kto ten artykuł przeczytał do końca, jako prezencik przyjmij to punkowe i dowcipne video! Do zobaczenia, papa…

 

 

Śledź wszystkie najnowsze informacje na SlackOn na Facebooku!

SlackOn! 😀

Autor: SlackOn

Udostępnij ten post na