Philipski & Justynka we Francji cz. 1

Justyna Wallis i Filip Bitnar to polsko-czeska para dwóch uzdolnionych, sławnych na całym świecie tricklinerów. W zeszłym roku 2014 wyruszyli na zawody do Francji, w podróż pełną wielu nieprzewidzianych i nie do końca szczęśliwych niespodzianek, które koniec końców pozostawiły masę dobrych wspomnień. Z zapartym tchem relacja została przeczytana i bardzo pozytywnie odebrana przez całe czeskie środowisko skacklinowe. Usiądzcie i poczytajcie … oto ich relacja.

Wspólne foto u hindusów w mieszkaniu w Bazylei. Fot. Aditya

Wspólne foto u hindusów w mieszkaniu w Bazylei. Fot. Aditya

(Relacjonuje Filip Bitnar aka „Filipski“)

 

PHILIPSKI & JUSTYNKA WE FRANCJI

„Nieszczęscie, co się w szczęście obróciło“

 

OSTRZEŻENIE dla polonistów oraz wszelkich językowych fanatyków: Ten artykuł nie przeszedł gramatycznej korekty oraz nie był doskonalony chemicznie, nie zawiera sztucznych barwników i konserwantów, i jest napisany tak, jak było. Dziękujemy za zrozumienie.

 

Pierwszego pecha mieliśmy już w Hejnicach, kiedy Justynka na parę dni przed odlotem na zawody do Francji, skręciła sobie na zawodach kostkę. Ja też dla odmiany cierpiałem w nieco inny sposób po wieczornej konsumpcji około dwudziestu gatunków alkoholi przegryzanych czereśniami. Dlaczego zaczynam od zdania o pechu? Dlatego, że to był dopiero początek…

Nasz wyjazd poprzedzało uczestnictwo Justynki w internetowym konkursie trickline o nazwie Queen of Slackline, w którym zajęła drugie miejsce na świecie i przyległym kosmosie! Dzięki temu była zaproszona jako gość specjalny do Francji na Natural Games, znany festiwal sportów outdoorowych. Radość nieopisana! Z czasem tak wyszło, że do tego wyjazdu nominowałem się również ja sam (Filipski!) i zaczęliśmy planować, i wymyślać kwestie organizacyjne. Było już całkiem późno na to, aby zdobyć jakiś tani i wygodny bilet lotniczy od nas z ogródka w Teplicach nad Metuji prosto na arenę festiwalu, dlatego musieliśmy trochę kombinować. Ostatecznie wybraliśmy jako najwygodniejszą i najekonomiczniejszą opcję – lot z Wrocławia do Girony (niedaleko Barcelony) z całodniowym zapasem czasu na to, aby dostopować do miejsca wydarzenia miasta Millau (około 320 kilometrów drogi, także całkiem spoko). Przed wyjazdem czekały nas jeszcze Hejnice, gdzie jechaliśmy na imprezę, spotkać się z ludźmi, na waterline i oczywiście rozskakać się trochę przed tą Francją, wiadomo.

 

Justynki kostka i masaż miodem. Fot. Filipski

Justynki kostka i masaż miodem. Fot. Filipski

 

…Mamy pecha nr 1: Kostka Justynki! Nawet z tą kontuzją i wtedy bardzo prawdopodobną niemożliwością uczestnictwa w zawodach we Francji , które były za niecały tydzień, Justynka wciąż pozostawała gościem specjalnym, nie zrezygnowaliśmy z naszego wyjazdu. Cieszyliśmy się dalej, chociaż już trochę smutniej. Po powrocie z Hejnic mieliśmy jeszcze parę dni chillu u nas, zostawiliśmy nogę w spokoju, dokończyliśmy kilka obowiązków szkolnych, i tych w pracy, no i oczywiście pakowaliśmy się na tour. Lecieć mieliśmy w środę około 10:00 przed południem, dlatego już we wtorek wieczorem siedzimy w pociągu, kierunek Wrocław!

 

Nasza droga blablacarem z Wrocławia do Bazyleji. Źródło: mapy.cz

Nasza droga blablacarem z Wrocławia do Bazylei. Źródło: mapy.cz

 

…Mamy pecha nr 2. Pech najgorszy aka Megapech! W czasie podróży przyszedł Justynce sms od firmy Ryan Air, z którą mieliśmy lecieć, i w przybliżeniu brzmiał tak: „Wasz lot jest odwołany. Możecie go przebukować na inny, bądź ubiegać się o zwrot pieniędzy. Dziękujemy.“ Jak to??! Co??? Dlaczego??? NIEEE! Co my teraz zrobimy? Dlaczego nie napisali nawet powodu? Sami sobie wyszukaliśmy na necie, że około 20 lotów do Francji, bądź przez Francję, jest odwołanych z powodu strajku kontrolerów ruchu powietrznego. Zawiedzeni, w beznadziejnych nastrojach dojechaliśmy do Justynki na akademik i zaczęliśmy myśleć o tym, co teraz będziemy albo nie będziemy robić. Trochę ze smutkiem patrzyłem na mapę i realnie oceniałem. Palcem po mapie to kawałeczek, ale w rzeczywistości to około 1800 kilometrów czyli dwa dni mogą nam nie wystarczyć na dojazd. Justynka natomiast była całkowicie przeświadczona o tym, że pojedziemy, i zanim zdążyłem wyjść na piwo, zaczęła szukać jakiegoś połączenia. Kiedy wróciłem, znalazła już kilka możliwości dojazdu, a dla mnie stało się jasne, że jedziemy i jakoś sobie musimy dać radę! Najlepszą ze znalezionych opcji jakie oferował nam w tym czasie blablacar.pl wydawała nam się droga z Wrocławia aż do Bazylei w Szwajcarii (około 1000 kilometrów) w środę (czyli następnego dnia) o 10:00 rano. Wszystko dogadaliśmy, miejsca były. Na drugi dzień zapakowaliśmy się do wielkiego Chryslera Voyager tuż przed akademikiem Justynki, ponieważ przypadkiem okazało się, że nasz kierowca mieszka po sąsiedzku. Obliczyliśmy, że droga powinna trwać około dziesięć godzin, więc na miejscu bylibyśmy pod wieczór, tam jakoś przekoczowalibyśmy do rana i ruszylibyśmy dalej na Francję. Koszt podróży: 100 złotych.

Jeszcze we Wrocławiu na dworcu głównym, gdzie czekaliśmy na kolejnego pasażera do naszego 7-osobowego Voyagera, Justynka zdążyła wymienić sobie pieniądze, wykupić ubezpieczenie i już nic nas nie zatrzymywało. Droga ze średnią szybkością przebiegała pomyślnie i była pełna konwersacji o wszystkim możliwym i niemożliwym, urozmaicona deszczem, spaniem jak również całkiem częstymi przerwami na dopełnienie paliwa. Toczyliśmy również zacięte debaty o naszym odwołanym locie i planowanej podróży, po których bez wahania dostaliśmy propozycję od naszego autostradowego pilota, że jak dojedziemy to spokojnie możemy spać u niego, nie ma problemu. Gdzieś mniej więcej w połowie drogi, przy Norymbergu, zabraliśmy jeszcze dwóch kolejnych umówionych pasażerów do Bazylei, sympatyczną Niemkę i jakiegoś Hindusa. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że ich dwoje nas na swój sposób za chwilę uratuje.

 

…Mamy pecha nr 3. Gdzieś w nocy, bo nasza podróż była oczywiście dłuższa niż planowane 10 godzin, pomału zbliżaliśmy się do naszego celu, gdy nagle, ni stąd ni zowont, bez jakiejkolwiek sygnalizacji kontrolki, skończyło nam się paliwo. Musieliśmy stanąć jakieś 10km przed Bazyleą, na autostradzie. Podobno miało nam starczyć, ale nie starczyło, ciemno, cicho, buro, nic. Żartowaliśmy, że przydałby się nam teraz Peeto, ponieważ doszło nam paliwo LPG, a jego pierdki mogłyby nas w tej chwili uratować (czyt. Peetotummobile). Nie musieliśmy długo czekać, raptem parę minut, gdy zostaliśmy oświetleni sygnalizacją radiowozu, który pojawił się tam nagle znikąd. Panowie policjanci okazali się całkiem w porządku i po standardowej kontroli papierów, pomogli nam bezpiecznie zjechać z pasa autostrady. Ostatecznie uratował nas genialny niemiecki pomysł, naszej współpasażerki, która zadzwoniła po swojego brata, który po chwili był w drodze do nas z dostawą beznzynki do naszego wozu. Po uzupełnieniu benzyny dojechaliśmy do najbliższej stacji beznzynowej, żeby zalać cały bak. Później już naprawdę nic nie stało na przeszkodzie, aby o północy wreszcie dojechać do celu. Po opowiedzeniu naszej historii dostaliśmy kolejną propozycję kolacji i przenocowania, tym razem od jadącego z nami hindusa o imieniu Aditya. Specjalnie dla nas dzwonił do swojej siostry, upewnić się czy to nie problem. Pytał nas tyle razy, że nie mogliśmy odmówić, tym bardziej, że przecież nie mieliśmy gdzie spać. Na miejscu dostaliśmy talerz jakiegoś hinduskiego misz-maszu z ryżem, który był strasznie ostry. Justynka spróbowała tylko kawałeczek, krzyknęła jakieś przekleństwo i szybko zajadłą to całym jogurtem naturalnym. Mnie paliło w gardle jeszcze rano ale na odchodne poczęstowano nas jeszcze specjalną pyszną słodką herbatą z przyprawami i mlekiem, która zneutralizowała wszystko. Po sprawdzeniu mapy i przeszukaniu blablacaru z marnym skutkiem, ruszyliśmy w dalszą podróż.

 

Wspólne foto u hindusów w mieszkaniu w Bazylei. Fot. Aditya

Wspólne foto u hindusów w mieszkaniu w Bazylei. Fot. Aditya

 

Przeszliśmy tylko dwie ulice, gdzie oczywiście się zgubiliśmy i musieliśmy pytać się o właściwy kierunek. W Szwajcarii byliśmy po raz pierwszy i nie mieliśmy ani złotówki w ichniejszej walucie. Na szczęście było to blisko Francji i po kilku wskazówkach od miejscowych, którzy swoją drogą bardzo ochoczo nam pomagali, odnaleźliśmy przystanek autobusowy z którego odjeżdżały busy do Francji, miasta Saint-Louis, za około 2 euro. Planowaliśmy dojechać za granicę i dojść pieszo na parking tirów, gdzie spróbujemy złapać stopa. Biedaczek, kulejąca Justynka z kulami i ja z dwoma plecakami na sobie. Jeszcze zanim doszliśmy na rzeczony parking, szliśmy koło składu, gdzie właśnie przyjechał tir. Na nic nie czekając poszliśmy zapytać kierowcę dokąd jedzie i czy mógłby nas wziąć. Wyszliśmy na tym całkiem nieźle, kierowca pokazał nam na mapie, że jedzie do miejsca znajdującego się około 100 kilometrów od Millau, weźmie nas, ale najwcześniej za godzinę, bo musi czekać na załadunek. Super, no to zajebiście, mamy stopa na super miejsce, usiedliśmy sobie w cieniu pod blokiem i czekaliśmy…

 

04__Justyna_wallis_Philip_Bitnar_Slackline_trickline_festiwal_natral_games_podróż_slackon

Czekanie na stopa i naszego tira. Fot. Philipski

 

Po godzinie wyjechaliśmy w kierunku środkowej Francji z poczuciem złapania super okazji, i myślami o dalszej części naszej, owszem wygodnej podróży. Czarnoskóry kierowca był w porządku, puszczał muzykę, śpiewał, częstował nas wodą, uśmiechał się. Do czasu kiedy to po paru godzinach naszej wspólnej podróży, ewidentnie starał się nam coś wytłumaczyć z mapą w ręce. Justynka miała superowy polski pomysł i zadzwoniła do swojej siostry (pozdrowionka dla Eweliny 🙂 ) która umie francuski. Daliśmy mu ją do słuchawki, żeby sobie pogadali i dowiedzieli się o co chodzi, ale jednocześnie zaczęliśmy zjeżdżać na parking, gdzie kierowca odłożył telefon, zatrzymał się i…

…Mamy pecha numer 4. Kierowca wyciągnął mapę z cock-pitu i zaczął nam coś pokazywać w stylu „Tudej hiiiir, tumorroł hiiiiir!“. Zrozumieliśmy z tego że tutaj jego dzisiejsza podróż się kończy. A to jak zdążyliśmy zauważyć na mapie nie było jeszcze zbyt daleko. Justynki siostra powiedziała nam, że mówił coś w stylu, że tutaj na dziś kończy i będzie tu spać, i jak chcemy to możemy spać z nim i rano kontynuować podróż. No to naprawdę super, ale dlaczego nam tego nie powiedział wcześniej??? Nie! Zostaliśmy na opuszczonym parkingu dla tirów, gdzieś koło Beaune. Chwila przerwy, trochę jedzenia, nalaliśmy sobie wody i zaczęliśmy myśleć co dalej. Na szczęście na parkingu stało kilka innych tirów, w tym jeden polski, więc próbowaliśmy pytać. Niestety zostaliśmy szybko spławieni odpowiedzią „sorry, nie wezmę Was, nie wiem, dobra, na razie!“. Nie odpuściliśmy łatwo, bo to był nasz jedyny ratunek i po paru pytaniach otworzył komputer i pokazał nam chociaż gdzie jesteśmy i powiedział, że nas podrzuci, ale tylko parę kilometrów do najbliższej stacji benzynowej. Pomylił się, gdy pokazywał nam drogę, tak o jakieś 150 kilometrów, a komunikacja z nim była ciężka jak wstawanie rano na kacu po dwóch godzinach snu, ale pojechaliśmy chociaż ten kawałek. Dostaliśmy się na ogromną stację benzynową, naprawdę ogromną, było tam chyba wszystko. Miejsca postojowe, parking dla tirów, sklepy, restauracje, wreszcie trochę cywilizacji i większa szansa na złapanie następnego stopa. Uzupełniliśmy zapasy jedzenia w sklepie, trochę się najedliśmy i poszliśmy łapać okazję na wyjeździe z tabliczką „Lyon“ w dloni. Natrafiliśmy również na czeskie tiry, z których wyciągali puste sudy po piwie, ale niestety jechali w innym kierunku. Po serii pesymistycznych dowcipów, że na bank, w którymś z rowów będziemy musieli nocować, szczęście się do nas uśmiechnęło. I to nie byle jakie, bo w postaci lśniącego mercedesa i przyjemnego krawaciarza, który podrzucił nas aż do Lyonu. Kierowca był naprawdę w porządku, umiał angielski, także półtoragodzinna podróż minęła w miłej atmosferze ciekawych konwersacji. Byłem również zachwycony jego gustem muzycznym i w ten sposób poznałem kilka nowych dla mnie, fajnych kawałków.

 

Album Family show od Marsylskiej grupy Deluxe. Wspaniała chilloutowa kombinacja hip hopu, indie rocku i kto wie czego jeszcze. Polecam!

 

05_mapa_Justyna_wallis_Philip_Bitnar_Slackline_trickline_festiwal_natral_games_podróż_slackon

Nasz kolejny kawałek drogi z Bazylei do Lyonu, tym razem na stopa. Źródło: mapy.cz

 

Pomału zaczynało się ściemniać, dlatego zadecydowaliśmy, że w Lyon wysiądziemy w pobliżu dworca głównego i sprawdzimy jakie pociągi nam jadą w kierunku Montpellier. W razie czego tam prześpimy, a rano będziemy kontynuować na stopa. Oczywiście, ponieważ jesteśmy we Francji, to połowa pociągów nie jeździ, dlatego, że strajkują, a pierwszy pociąg jedzie dopiero na drugi dzień przed południem i to za około 50 euro, także sorry. Znaleźliśmy sobie fajne miejsce w rogu w przeszklonej fioletowej poczekalni, szukaliśmy przejazdu na Justynki telefonie, powoli osiedlając się w naszej miejscówce. Blablacar nic , ponieważ Francuzki blablacar jest dziwny. Musisz najpierw zarezerwować podróż, później zapłacić i dopiero masz kontakt na kierowcę. Na szczęście udało nam się znaleźć bus z innego dworca który nie był aż tak drogi i jechał do Montpellier chyba o 8 rano. Także mamy plan!

 

06_lyon_Justyna_wallis_Filip_Bitnar_Slackline_trickline_festiwal_natral_games_podróż_slackon

Na dworcu głównym w Lyon. Fot. Philipski

 

Obok nas siedział cały czas jeszcze jeden pan średniego wzrostu z plecakiem co chwilę podsypiał, chwilę się na nas gapił, a później przyszedł i łamanym czeskim powiedział: „Ahoj, proszę was, popilnujecie mi chwilę plecaka, ja tylko skoczę do toalety?“. Haha, nieźle, w Lyon na dworcu koleś który umie czeski. Okazało się, że to Albaniec który żył w Bazyleji w Szwajcarii, gdzie grał w piłkę nożną. Tam też poznał Czeszkę, która tam grała w piłkę rzucaną, i tak się związali. Dzisiaj podobno żyją gdzieś w Plznu. Niestety nie pamiętam już jego imienia, także gdyby ktoś z was go znał…. Odleciał mu samolot, odjechał pociąg, a następny jechał mu mu o 6 rano, fajnie, że chociaż nie my jedyni mamy takiego pecha, możemy tu czekać całą noc razem. I tak sobie siedzimy, gadamy, a z francuskich megafonów coś mówią, ludzie zaczynają pomału się rozchodzić. Między północą, a pierwszą godziną już zaczynamy pomału przygotowywać się do spania, gdy nagle…

 

07_lyon_Justyna_wallis_Filip_Bitnar_Slackline_trickline_zawody_festiwal_natral_games_podróż_slackon

Bezdomni w Lyon aka spanie przed dworcem głównym. Fot. Philipski

 

Około 5 rano otworzyli dworzec, więc zebraliśmy się i poszliśmy spowrotem do środka, gdzie było oczywiście cieplej. Pomału pożegnaliśmy Australijkę i Albańca, któremu jechał pociąg około 6. Po jego odjeździe pomału poszliśmy na tramwaj, aby nim dojechać na ten drugi dworzec, skąd mieliśmy nadzieje, że jedzie ten nasz bus. Udało nam się dojechać na first try, a w między czasie jeszcze dostaliśmy odpowiedz od naszego kolegi slack fotografa z Lyonu, że jasne, możemy się u niego zatrzymać i zaprasza nas na obiad. Przepraszał, że nie był wczoraj dostępny no i, że…. no to jest naprawdę wspaniale z jego strony, ale musieliśmy niestety podziękować, może następnym razem. Na dworcu odnaleźliśmy jedyne miejsce na świecie gdzie można kupić bilety na nasz bus przy kasie, bez pomocy internetu. Zadbaliśmy również trochę o naszą higienę. Ja po tej bezsennej nocy wyglądałem trochę jak po meetingu w Adršpachu, ale ochlapanie twarzy, wymycie zębów i innych podstawowych ludzkich czynności, trochę mnie przywróciło do życia. Wszystko w porządku, poczekaliśmy, bus przyjechał. Włożyliśmy plecaki, bilety były ważne, a jeszcze zanim w ogóle wyruszyliśmy w kierunku Montpellier, spaliśmy już jak małe slacklajnczątka po festiwalu.

 

Poranny widok na Lyon z tramwaju. Fot. Philipski

Poranny widok na Lyon z tramwaju. Fot. Philipski

Z Lyonu do Montpellier busem. Źródło: mapy.cz

Z Lyonu do Montpellier busem. Źródło: mapy.cz

 

I tak, jechaliśmy, spaliśmy, przystawali, jedli, pili, a tak około pierwszej godziny dojechaliśmy do Montpellier. Wyglądało to tam już trochę inaczej niż w okolicach Lyonu, tak jakby bardziej morsko, ciepło, palmy itd. Dojechaliśmy tramwajem (znowu na first try, tacy jesteśmy 😀 ) do centrum miasta na dworzec główny, gdzie chcieliśmy sprawdzić dalsze połączenia, konkretnie już do Millau, jak również spotkać się z naszą koleżanką slacklinerką Kasią, która tutaj studiuje i też ma w planie jechać na Natural Games. W dobrych nastrojach i przyjemnym uczuciem na całym ciele, bo na dworcu był system nawadniający, poszliśmy się zapytać na informacji o dalsze połączenia, najlepiej busy. Do celu brakuje nam już naprawdę tylko kawałek…

 

Cześć druga relacji klik!

 

Śledź wszystkie najnowsze informacje na SlackOn na Facebooku!

SlackOn! 😀

 

Autor: SlackOn

Udostępnij ten post na